Rozłączyło nas coś o wiele szybszego i mniej spodziewanego niż obiecana śmierć. Nawet rok nie potrwało. Wczoraj spędziłem noc na izbie wytrzeźwień przy ulicy Rozrywki 1. Posypało się, mimo że byłem przekonany, że będzie trwać cały czas. Aż się dziwię, że mogłem być taki naiwny. Jak w "Sznurowadłach" Fisza. Dosłownie.
Znów zostałem kopnięty w moją coraz grubszą dupę. To jest chyba wręcz przypisane mi. Wylądowałem na izbie, bo miałem prawie śmiertelną dawkę, ponad cztery promile. Miałem zamiar zapić się na śmierć. I ponoc prawie mi się udało.