Jestem w szpitalu. Już ponad miesiąc. Dom się
palił. Chyba ten kutas, makaron podpalił. Nie mam dokąd wracać, policja nikogo
do mnie nie wpuszcza. Leżę w Siemianowicach Śląskich, koło Katowic. Mam złamaną
kość udową, głębokie poparzenia, ledwo mnie odratowali, byłem w śpiączce. Ponoć
prawie umarłem, bo używałem ponad 60 % powietrza z respiratora. Wcześniej byłem
w Nowej Soli. Musiałem skakać z okna. Mama nie żyje, ja prawie też.
- - -
Zamieszkałem w Katowicach. Musimy się ukrywać w
akademiku, policja opłaca nam pobyt. Co za skurwiel, niech zgnije ten, który to
zrobił. Muszę zostawić za sobą całe moje życie i zaczynać od początku, z obcymi
rękami. W jednym momencie wszystko się urwało i nie wiem co będzie dalej. Póki
co, staram się wymyślać sobie różne zajęcia. Żeby nie myśleć. Tylko, że rzadko
które potrafię wykonywać, uczę się na nowo chodzić, ruszać rękoma. Byłem
ćpunem. Morfina, tramal i milion innych specyfików. Widziałem listę, tego było
z pięć linijek zapisanych.
Zapisałem się na wywrota.pl i piszę teksty, chociaż
mało z tego wynika. Postaram się pójść od października na studia, myślę, że
mama by tego chciała. Kurwa, zdrowieję, a wszystko dzięki niej, że mnie
zmusiła, bym skakał pierwszy. Ona nie miała już sił.