12.11.2009

Styczeń 2008


       Jestem w szpitalu. Już ponad miesiąc. Dom się palił. Chyba ten kutas, makaron podpalił. Nie mam dokąd wracać, policja nikogo do mnie nie wpuszcza. Leżę w Siemianowicach Śląskich, koło Katowic. Mam złamaną kość udową, głębokie poparzenia, ledwo mnie odratowali, byłem w śpiączce. Ponoć prawie umarłem, bo używałem ponad 60 % powietrza z respiratora. Wcześniej byłem w Nowej Soli. Musiałem skakać z okna. Mama nie żyje, ja prawie też. 

- - -

       Zamieszkałem w Katowicach. Musimy się ukrywać w akademiku, policja opłaca nam pobyt. Co za skurwiel, niech zgnije ten, który to zrobił. Muszę zostawić za sobą całe moje życie i zaczynać od początku, z obcymi rękami. W jednym momencie wszystko się urwało i nie wiem co będzie dalej. Póki co, staram się wymyślać sobie różne zajęcia. Żeby nie myśleć. Tylko, że rzadko które potrafię wykonywać, uczę się na nowo chodzić, ruszać rękoma. Byłem ćpunem. Morfina, tramal i milion innych specyfików. Widziałem listę, tego było z pięć linijek zapisanych. 
Zapisałem się na wywrota.pl i piszę teksty, chociaż mało z tego wynika. Postaram się pójść od października na studia, myślę, że mama by tego chciała. Kurwa, zdrowieję, a wszystko dzięki niej, że mnie zmusiła, bym skakał pierwszy. Ona nie miała już sił.