Teraz pada deszcz chyba, chyba że już nie. Idziemy z Jezusem na piwo. Na piwa! Mamy 2x Carlsberg, 2x Heineken, 2x Żubr, 2x Pilsner Urquell. Totalna burżuazja, ale jadę do Niemiec, czyli niepotrzebne mi polskie pieniądze.
Jadę. Już rano i jasno. Z radia lecą stare niemieckie, popowe szlagiery.
- - -
Sobie siedzę na ławce w Viernheim i piszę. Nie jest źle, w tym garażu gdzie będę mieszkał, jest naprawdę klimatycznie. Chodzę przez szwabskie ulice i śpiewam "Kocham wolność". Kupiłem też hitlerowską siedemnasto-fajkową paczkę. Teraz za przyjemności muszę płacić w euro.
Czuję się jak narkoman. Obydwie ręce jakby ze śladami po igłach. A to tylko upominki pozostawione mi przez pierdolone komary. Rozdrapane. Ogólnie moje aktualne samopoczucie oscyluje między euforią porannego papierosa a wyplucia reszty dnia. Moja prawa ręka jest żywcem wyjęta z filmu "Requiem for a dream", na zgięciu widnieje wielka rana, zaschnięta krew. Żołądek czy cokolwiek podpływa mi do gardła i czuję się jak na ogromnym kacu, a wczoraj wypiłem raptem dwie lampki wina.